Rosłam razem z serią The Sims. Z każdą kolejną odsłoną przechodziłam na nową część zachwycając się nowymi możliwościami. I teraz, mając lat 31, wróciłam do pierwowzoru.

Wszystko zaczęło się od popołudnia spędzonego u koleżanki, która po szkole, korzystając z nieobecności rodziców, zaprosiła mnie do siebie. Stworzyła ludzika na moje podobieństwo, postać chłopca, w którym się podkochiwałam i pokazała możliwości gry w „wymarzoną rodzinę”. Tak naprawdę wiele z tego procesu na etapie 1998 roku jeszcze nie było (brak rozmnażania Simów i ich starzenia się), ale o tym nie mogłam mieć pojęcia. Po długim przeżywaniu i ekscytacją grą, pod choinką znalazłam wielkie pudło: zaczęła się przygoda, która trwa do dziś.

Cała rozgrywka, wbrew moim oczekiwaniom w dzieciństwie, polega na codziennym życiu Sima – jego zaspakajaniu podstawowych potrzeb życiowych i pracy (razem z budowaniem kariery). W The Sims nie chodzi o nic więcej. Relacje z innymi członkami rodziny (jeżeli tacy są) właściwie mieszczą się w realizowaniu potrzeby socjalnej. Naprawdę nie rozumiem, jak mogło mi to spędzać sen z powiek ;)

the sims 1

Tym razem grałam tak, jak lubiłam grać wiele razy w dzieciństwie. Tworzyłam swoją podobiznę (bez chłopca :), budowałam malutki domek i starałam się zarobić na tyle dużo pieniędzy, abym mogła z sensem ten domek rozbudować. To się wiązało oczywiście z koniecznością rozwinięcia kariery, tj. zdobywania awansów. W tym celu trzeba rozwijać wskazane umiejętności – to okazało się przyjemnie łatwe – oraz zdobywać przyjaciół rodziny. I tu pojawiły się schody, których (na poziomie 5/10 kariery biznesowej w moim przypadku) nie dałam rady pokonać. Aby zdobyć i utrzymać przyjaciela trzeba było go nieustannie do siebie zapraszać, karmić, udostępniać łazienkę (jedyną, jaką miałam, bo przecież domki budowało się na standardy PRLowskich mieszkań), zabawiać, rozmawiać i liczyć, że zechce się przyjaźnić. Okazało się, że czasami to w ogóle jest nie do zrobienia, jak ktoś mnie nie lubi, to nie polubi i już, bez względu na to, ile punktów znajomości zaliczyłam. Co więcej taki kolega umie wrócić do domu i się jednak rozmyślić. Dlatego w momencie, w którym miałam mieć przyjaciół „chociaż na chwilę” 6 udało mi się ich utrzymać maksymalnie 4.

Trudność utrzymywania znajomości to jeden dramat pierwszej odsłony The Sims. Drugi, na który zauważyłam skarżę się nie tylko ja, to potrzeby Simów opadające w trybie błyskawicznym. W zatrważającym tempie chce im się od nowa spać, jeść, bawić, myć i korzystać z toalety. Przez walkę o przyjaciół tylko „towarzystwo” miałam cały czas zaspokojone. Nieustannie śpiąc lub jedząc szczególnie trudno jest pracować nad karierą.

Ale to co w tej rozgrywce sprawiło mi – i zerkającemu Tomkowi – szczególną przyjemność to sentyment. Wzruszały mnie poszczególne przedmioty, tapety, drzwi, stroje, legendarna w świecie gry Bella (wtedy Majka) Ćwir. Wanna, której tak strasznie zazdrościłam Simom, piżamki, potrawy, kwiatki (które więdły, jak się ich nie podlewało), wiszący na ścianie telefon lub muzyczka informująca o tym, że przyszedł złodziej. Nawet muzyczka z poszczególnych trybów gry i ukochana „klasyka” z radia, którą puszczałam przez siostrę (w pewnym momencie w naszym pokoju leciało głównie RMF Classic, mimo faktu, że byłyśmy nastolatkami).

Tak naprawdę dlatego zagrałam w The Sims. Nie spodziewałam się jednocześnie, że nie dam rady dojść do dziesiątego poziomu kariery, skoro gram 2/3 mojego życia. Ale nie o to chodzi przecież w nostalgii, prawda? 6/10

The Sims 3

 

Zdjęcia z reddit.com, pinterest.com i youtube.com.

Dodaj komentarz