Istnieje pewien standard prezentów na komunię. W moim pokoleniu to były głównie rowery, zegarki, niewielkie sumy pieniędzy, czasami komputery. A ja dostałam Nintendo 64 razem z Super Mario 64 – pierwszą grą mojego życia.

Trudno w to uwierzyć, ale nie za bardzo miałam wtedy doświadczenia z grami z serii o małym hydrauliku. Kilka moich koleżanek (bardziej ich starsi bracia) mieli Pegazusa z dwuwymiarową klasyką (Super Mario Bros), ale nie wywierało to na mnie większego wrażenia. Jednak pierwsza wersja trójwymiarowa, którą miałam na własność przewija się przez moje odbiorniki telewizorów do dziś.

Historia się nie zmienia: Mario chce uratować księżniczkę przed złym Bowserem, który ją porywa. Ta sztampowa dosyć fabuła nie ma tak naprawdę żadnego wpływu na rozgrywkę. Główny bohater spaceruje sobie po zamku należącym do porwanej Peach, w którego komnatach znajdują się obrazy: portale do magicznych krain. W każdej z nich można zdobyć 6 podstawowych gwiazdek: przez całą grę Mario je kolekcjonuje, ponieważ ich ilość (d0 120) poszerza jego możliwości i zakres kolejnych pomieszczeń pałacu.

Mnie urzeka przede wszystkim grafika. W tej grze (z 1996 roku) Mario dostał bogaty zestaw akrobacji i kilka powiedzonek, które dodają mu uroku, mimo tego, że bohater nie ma jeszcze palców, kosmyków włosów i realistycznych tęczówek. Jest niski, kurpulentny i uroczy jak dziecięca zabawka, i takim go lubię najbardziej. Tu śliczne są wszystkie postacie, nawet te negatywne – rzekomo brutalny Bowser przypomina mi moją 26-letnią maskotkę ;)

mario 1

Ten zachwyt grafiką dotyczy również scenografii. Zawsze miałam największy sentyment do zielono-niebieskich, kwiatowych poziomów przypominających klasyczne wakacje – w mojej rodzinie Super Mario 64 był uruchamiany w dzień zakończenia roku szkolnego. Ale tu wszystkie krainy są utrzymane w ciepłej kolorystyce i wizualnie są to miejsca przyjemne, nawet jeżeli jesteśmy w tajemniczej, zielonej mazi, piramidzie lub w wulkanie.

Klimat jest budowany również przez przyjemną, wesołą i raczej dynamiczną muzykę. Soundtrack trwa mniej więcej 50 minut, i w tym czasie umie mnie pobudzić, wyciszyć i wzruszyć (zwłaszcza na motywie ostatecznej walki ze smokiem).

Mimo tego klimatu rodem z podstawówki  gra jest bardzo trudna. Zadania wymagają pewnej strategii (zwłaszcza zbieranie 100 monet w każdej krainie, co dla mnie było karkołomnym zadaniem), ale przede wszystkim istotna tu jest umiejętności poszukiwania szczegółów – m.in. 8 monet w każdej krainie daje gwiazdkę – i zręczność. W XXI wieku, gdy korzystać można tylko z nowszych platform (u mnie Wii U) jest to dodatkowe utrudnienie, ponieważ współczesne kontrolery są jeszcze bardziej dokładnie, w związku z czym maleńki ruch w złą stronę może skończyć się bardzo nieprzyjemnie. Zarówno 20 lat temu, jak i dziś, gra uruchamia bardzo silne emocje: i pozytywne, i negatywne w razie częstego przegrywania ;).

Największym wrogiem w rozgrywce jest niestety kamera, nad którą chwilami kontroli nie ma żadnej. To czasami dodatkowo podnosi ciśnienie, zwłaszcza gdy chwilami nie widziałam ani Maria, ani jego antagonisty.

Mimo tego drobnego szczegółu w mojej ocenie Super Mario 64 się nie starzeje. Tym razem, po raz pierwszy w życiu (po 22 latach od pierwszej rozgrywki), udało mi się grę skończyć. Zajęło mi to ponad 16 godzin, w których doświadczyłam mnóstwo zabawy, nerwów, ekscytacji, radości, śmiechu i mile spędzonego czasu z Tomkiem (który oglądał moją walkę o gwiazdki z wypiekami na twarzy nie mniejszymi, niż moje). Do dziś jestem wdzięczna mojemu Tacie (dla którego ta odsłona przygód małego hydraulika nie ma tajemnic ;), że zrealizował taki oryginalny pomysł na prezent komunijny. Mocne 9/10.

mario 3

 

Zdjęcia z gram.pl, youtube.com i z mojej ręki :)

Dodaj komentarz