Zimą w sklepach kalendarzy bywa mnóstwo. Zazwyczaj ich unikam, bo z doświadczenia wiem, że z tego rodzaju pamiętnikarstwem wytrzymuję maksymalnie do połowy lutego – dlaczego jednak zdecydowałam się na tegoroczną propozycję Beaty Pawlikowskiej?

Głównie przez sympatię do samej autorki, która zainteresowała mnie swoim cyklem o podświadomości. Kobieta nie postrzegająca swojej rzeczywistości jako ciągu przeciwności losu. Twierdzi, że jej życie to efekt własnych wyborów, za które jest – w tej chwili – bardzo sama sobie wdzięczna. I tym przesłaniem się dzieli, a ja mam to szczęście, że to kupuję ;)

pawlikowska

Przyznam, ze do tej pory prowadzę ten kalendarz, wszystkie wcześniejsze na tym etapie już dawno zbierały kurz ;) Przede wszystkim podoba mi się jego pozytywna, barwna oprawa – mocna okładka (która wytrzymała nawet coś ostrego w mojej torebce – i babski klimat, który jest w całości utrzymany.

Druga sprawa to ciekawe święta, np. „Dzień Facebooka„, „Dzień niepłakania nad rozlanym mlekiem„, „Dzień czytania w wannie” lub hucznie obchodzone „Święto Gwiezdnych Wojen” gdzieś w Stanach Zjednoczonych.

Jednak zdecydowanie najmocniejszą stroną kalendarza są pozytywne, ciepłe teksty które codziennie motywują mnie do działania. Co rano ze zniecierpliwieniem czytam, jaka myśl będzie towarzyszyła mi do wieczora – emocje niewiele mniejsze od tych z dzieciństwa, gdy cierpliwie (do ok. 10 grudnia ;) dzień po dniu otwierałam okienka z czekoladkami w kalendarzu bożonarodzeniowym… W tym wypadku świadomie dozuję sobie przyjemność przez umyślne nie czytanie tekstów na dole stron z kolejnych dni.

Najbardziej dzięki tym pozytywnym myślom kalendarz prowadzę regularnie, nawet praca nie stanęła mi na przeszkodzie ;) Poza tym miło jest mieć coś aż tak swojego. Moje notatki, rysunki i pilne lub błahe plany to nowa, oddzielna przyjemność, którą mogę mieć zawsze przy sobie. 10/10

żółta kartka

 

Zdjęcia z pewex.pl, rossnet.com i beatapawlikowska.com

 

Dodaj komentarz