W tajemniczej, czarnej szufladzie trzymam stale uzupełnianą kolekcję gier planszowych. Coraz trudniej tam coś wcisnąć, ale bardzo się cieszę, że wśród tych malutkich pudełek i ciężkich pozycji znajduje się jeden woreczek, zawierający „Time’s up”.

Gra polega na odgadnięciu, jaką postać ktoś przedstawia: prezentując ją bez najważniejszych określeń (I runda); opisując ją jednym słowem/frazą (II runda) lub pokazując (III runda). Na przedstawienie danego nazwiska – św. Mikołaja, Davida Bowie, Dumbledore’a, Kuby Wojewódzkiego, Piotra Fronczewskiego lub 695 innych ;) – jest tylko 30 sekund czasu mierzonego malutką klepsydrą. Gracze, którzy poprawnie odgadują postać zbierają karty, które pod koniec rundy są sumowane; wygrywa ten, kto nazbiera ich najwięcej.

Bezapelacyjną zaletą jest wielka frajda w czasie tej zabawy! Bez względu na to, z kim grałam i w jakich okolicznościach wybuchy śmiechu były elementem pojawiającym się prędzej czy później. Rozgrywka zajmuje około pół godziny do godziny, ale w przypadku niedosytu można spokojnie zacząć jeszcze raz. Zwłaszcza, że nazwisk jest tak dużo, że o powtórce praktycznie nie ma mowy (z resztą dlatego wyprodukowano kolejną odsłonę – „Time’s up celebrity„).

karty times up

Podoba mi się również szalona szata graficzna. Poowykręcane paski i jaskrawe żółto-niebieskie kolory bardzo podkreślają klimat imprezy i świetnej zabawy :)

Oryginalny jest też pomysł gry w worku, to zawsze zwraca uwagę wśród pudełek z planszówkami. Niestety jak forma opakowania ciekawa, tak tu wyłania się wada – całość jest dosyć tandetnie wykonana. Produkcja składa się z instrukcji, klepsydry, 450 kart, notesu na punktację i małej gazetki z przypomnieniem, kim są podane nazwiska. Było jeszcze pudełko, ale po jego otwarciu mogłam je tylko wyrzucić.

Ponadto są małe wady kompozycyjne. Mianowicie pierwotnie „Time’s up” jest dla minimum czterech graczy, które mają podzielić się na grupy i przedstawiać postacie ludziom tylko w swojej paczce. To mi się wydaje mało sensowne, bo co w tym czasie ma robić pozostała większość? Dodatkowo trudniej jest zorganizować więcej towarzyszy do stołu. Szczęśliwie zasady są na tyle elastyczne, że łatwo było wymyślić wersję na trzy osoby ;)

Ostatnim minusem jest gazetka z nazwiskami, która jest wybrakowana i bardzo mało pomocna – np. „Angielski pisarz (1892-1973)” oznacza Tolkiena…

Mimo kilku wad „Time’s up” jest zdecydowanie najlepszą imprezówką, jaką mogłam sobie wymarzyć ;) 8/10

times up

 

 

Zdjęcia z apptweak.com, assweetasyou.blogspot.com i granapare.wordpress.com

 

Dodaj komentarz