67. „Feel it coming back”
11 października 2014

67. „Feel it coming back”

Między Majką Jeżowską a Linkin Park był Santana. I prawdę mówiąc on ze wszystkich moich muzycznych fascynacji przetrwał najbardziej do dwudziestego roku życia. Dlatego tak bardzo ucieszyłam się na wiadomość, że po dwunastu latach, po rewelacyjnym „Shaman” wychodzi nowy krążek. Kilka miesięcy temu na moim Deezerze pojawiło się „Corazon”!

Energia wybucha już przy pierwszym kawałku – „Saidera” Muzyka jest fantastyczna, teledysk jest taki sobie (połączenie małego koncertu, Alicji w Krainie Czarów i Matrixa), ale uroczy uśmiech Santany mnie tam urzeka :) Chwytliwy, taneczny kawałek jest bardzo dobrym wprowadzeniem do całości.

„La flaca” to pierwszy singiel, w którym jest połączenie pięknej muzyki (nie tylko w warstwie gitarowej, chociaż ta szczęśliwie dominuje), ładnego męskiego wokalu i melodyjnego języka hiszpańskiego. Tekst jest trochę zbyt romantyczny i mało ambitny, ale w ogóle mnie to nie razi przez dźwięczność całości.

„Mal bicho” jest dalej w klimacie plażowej imprezy, ale nie przepadam za nią – trochę za dużo dancehallu, który nigdy nie był moim gatunkiem. Ale podoba mi się mocno pokojowe, antywojenne i anyrasistowskie przesłanie.

Co mnie samą dziwi, bardzo lubię „Oye 2014″ (z Pitbullem ;)) – jest jeszcze bardziej imprezowe i taneczne, ale bardzo chwytliwa wydaje mi się paplanina na początku ;) Tekst („Who says history doesn’t repeat itself?„) może niewiele zmieni, ale nie jest napisany tylko po to, żeby wokalista miał co śpiewać/mówić. „Iron lion zion” to przerobiona piosenka Boba Marley’a. Jest w porządku, ale też zachwyca mnie tu głównie popisowa solówka w tle, fanki reagge to już chyba ze mnie nie będzie. Kolejna piosenka jest dużo spokojniejsza i bardzo klimatyczna. „Una noche en Napoles” jest malowniczo zaśpiewane przez Lilę Downs, która wyraża swój żal za minioną miłością. Znowu przyjemność sprawia samo słuchanie języka. Niemniej nasiąknięta atmosferą charakterystyczną dla muzyki Santany jest „Besos de lejos”, z kolejnym, głębokim kobiecym wokalem. „Margarita” jest trochę bardziej rozrywkowa, ale nie jest już taka krzykliwa jak początek „Corazon”. 

Niestety dużo mniej podoba mi się „Indy” – nudny kawałek, jedyna zaleta to dalej pobrzękiwanie gitarzysty. Ale „Feel it coming back” budzi z pozytywną tekstem i melodią skłaniającą do podśpiewywania. „Yo soy la luz” to muzyczna przygoda, w którą trzeba się po prostu zasłuchać. Wprawia mnie w poczucie przenoszenia się po różnych nastrojach i historiach mimo tego, że ludzki głos jest tam instrumentem.

Płytę kończy bardzo relaksacyjne „I see your face”, którego jedyną wadą jest to, że trwa 1:17…

santana

Carlos Santana nie jest dla mnie zwykłym starszym gitarzystą, którego uwielbiałam w gimnazjum i który uparcie publikuje pozytywne posty na facebooku. Dobra energia, szczęście i miłość płyną od niego i od jego muzyki, i dlatego nieustannie przez te lata go cenię i będę do niego wracała. „Corazon” szczęśliwie ciągle trzyma poziom mimo małych eksperymentów z gatunkami – dlatego polecam płytę mojemu Tacie, który trochę obawia się tych nowości, a który Santanę w swoim czasie skutecznie mi zareklamował ;) 8/10

 

Zdjęcia z maxazine.nl i wallpaper-wallbase-cute.blogspot.com

Dodaj komentarz