W którym momencie już nie można się zakochać? Kiedy jest za późno na spotkanie życiowej miłości? Czy doświadczenia człowieka mają na to wpływ? Chyba nikt nie ośmieliłby się na bezpośrednią odpowiedź. Ale pośrednią jest powieść Williama Whartona „Spóźnieni kochankowie„.

Nie zagłębiając się w jakiekolwiek opisy spodziewałam się romansu przystojniaka z jakąś pięknością. Tymczasem w wyniku potknięcia na malarza (zbliżającego się do pięćdziesiątki) pochodzącego z Ameryki wpada Paryżanka, niewidoma, lat 71. I tak to się zaczyna. Przynajmniej według autora tak może wyglądać start, nawet jeżeli trwa zaledwie kilka miesięcy.

Trudno mi wyróżniać mocne albo słabe strony „Spóźnionych kochanków”, ponieważ przez większą część lektury czułam niesmak. Nie chodzi tu o moje oceny – mocno podeszłe lata, 20 lat różnicy lub poszczególne zachowania Jacka i Mirabelle. Mam na myśli poczucie, że podglądam tych ludzi. W najbardziej intymnych przeżyciach dwójki doświadczonych i diabelnie zakochanych, starszych ode mnie osób, czułam się jak osiedlowy szczeniak ze szklanką przy ścianie lub nosem w dziurce od klucza. A ponieważ to nie jest za bardzo w moim stylu czułam się z tym dosyć nieprzyjemnie.

To uczucie dominujące w czasie całej lektury nie skłania nie do zniechęcenia powieści. Przeciwnie – to jest romans na tak wysokim poziomie, że nie mogę go porównywać z innymi książkami gatunku nie cieszącego się zbyt dobrą sławą. W związku z tym „Spóźnionych kochanków” polecam każdemu, kto jest otwarty na zmianę swoich poglądów ;)

okladka spoznionych kochankow

7/10

Dodaj komentarz