55. Oddech z Sinead
12 sierpnia 2014

55. Oddech z Sinead

Wyprowadzka, załatwianie wszelkich sanockich spraw, organizowanie pracy, mieszkania, przejazdu, karty miejskiej, dowodu osobistego etc etc etc… Niestety to się wiąże albo ze stresem, albo z (męczącą niestety) ekscytacją, bez względu na to, ile czasu spędzam na macie :) Szczęśliwie w mojej codzienności jest dużo fajnych odskoczni, które lubią mnie zaskakiwać. Jedną z nich (największą w ostatnich dniach) jest możliwość odsłuchania „I’m not bossy I’m the boss” – świeżutkiej płyty Sinead O’Connor.

Krążek (który wczoraj pojawił się w sklepach i na Deezerze :)) otwiera piosenka „How about I be me” – która zaczyna się słowami „I wanna be a real, full woman every day„. Tekst bardzo motywujący w tym stresującym okresie. Fajnym pomysłem było nazwanie piosenki tytułem poprzedniej (rewelacyjnej!) płyty. Po zapoznaniu się z nią poczułam się zaproszona do przesłuchania pozostałych kawałków. „Dense water deeper down” oraz „Kisses like mine” to rodzaj babskich plotek , zarówno w warstwie tekstowej jak i muzycznej. Prawdopodobnie 5 lat temu byłabym zasłuchana z rozkoszą, teraz bardziej docierają do mnie się w „rewolucyjnych” utworach, bo dotykają bezpośrednio mojej historii. Kolejny kawałek („Your green jacket”) jest trochę podobna, jednak już mi bliższa, może przez tę granicę na której teraz jestem. Piosenka mocno miłosna, ale bliska mi, mimo słów „I know I’m not for you” – z pozostałego tekstu z resztą wynika, że nie wiadomo, czy długo taki stan rzeczy będzie utrzymany ;)

„The Vishnu room” – i w słowach i w muzyce – jest czysto piękna! Pierwsze ciarki :)

Niestety kolejny utwór („The voice of my doctor”) niszczy to wrażenie właśnie rockowym brzmieniem, które z jakiejś przyczyny nie pasuje mi ani do kompozycji całej płyty ani do dzisiejszej Sinead O’Connor. Tekst jest dużo poważniejszy i porusza mocniejszy temat niż poprzednie kawałki, ale tak naprawdę tylko on (i jej głos!) powodują że nie przełączam od razu do „Harbour”. Zwłaszcza, że warto usłyszeć to w słuchawkach! Mocna muzyka, najpierw niepokojąco delikatna, potem wybucha dramatem głównej bohaterki która jest zarysowana  tekście. Według mnie jedna z najlepszych piosenek całej płyty! „James Brown” i „8 good reasons” znowu trochę zaniża tak wysoki poziom sprzed chwili, ale dalej jest lekko i przyjemnie. Cały czas czuję się, jakby artystka wyciągnęła mnie na chwilę z mojego okołowyjazdowego świata, żebym złapała oddech…

Czas na bardzo mocny (jedyny w tej chwili) singiel – „Take me to church”. Świetne słowa, mocna muzyka, wielka motywacja do podejmowania dalszych działań na mojej drodze – ze wspólnym mianownikiem w postaci teledysku, który przyprawia mnie o dreszcze!

Kontynuacją płyty jest (ciekawe, ale nie mające tej mocy z poprzedniego kawałka) „Where have you been?”, natomiast całość zamyka „Streetcars”. Piosenka, która jest jednocześnie podsumowaniem całości i pożegnaniem – wręcz czuję się, jakby Sinead (która od pierwszych muzycznych chwil mnie nie zawiodła) odprowadzała mnie do moich spraw. Mimo że to nie jest najlepszy krążek artystki po tym „spacerze” czuję się odnowiona, wypoczęta i bardzo zmotywowana do podejmowania kolejnych wyzwań. Cieszę się, że będę mogła wyjechać z „I’m not bossy I’m the boss” w słuchawkach.

sinead

(mocne ) 7/10

Dodaj komentarz