Pop. Muzyka skierowana głównie na rozrywkę i przyjemność. Raczej nie przepadam za jednolitą rąbanką mającą miliony wejść na YouTube, jednak są przedstawiciele tego gatunku, którzy umieją do mnie trafić :) Pink ma na swoim koncie sześć płyt – słucham wszystkich, jednak każdą wybieram adekwatnie do swojego nastroju. Jest luty, granica zimy z wiosną – dlatego praktycznie codziennie w moich słuchawkach leci „Funhouse”.

Płytę otwiera pierwszy singiel – „So what. Swoją drogą zajął pierwsze miejsce w Billboard Hot 100, to był wielki sukces artystki. Na łopatki nie powala, ale to jeden z mocniejszych kawałków. Piosenka cechuje się mocną ekspresją, siłą i natężeniem emocjonalnym, dlatego ją lubię. Odpowiada mi zwłaszcza gdy jestem mocno poddenerwowana albo podekscytowana. Łatwo przy niej potańczyć ;)

Jednak zdecydowanie bardziej podoba mi się drugi utwór (również singiel) – „Sober„. Ten też jest bardzo emocjonalny. W tym wypadku jednak tekst jest trochę bardziej dojrzały, nie wspominając o dużo ciekawszej warstwie muzycznej.

Na trzeciej pozycji również jest singiel, dużo słabszy, ale uzasadniający drapieżność samego początku. W „I don’t believe you” widać, że głównym problemem piosenkarki którym nasycona jest cała płyta są poważne problemy małżeńskie. Mimo bardzo dobrego pomysłu ten kawałek jest jednym z najsłabszych na płycie.

Moją ulubioną piosenką „Funhouse” jest zdecydowanie „One foot wrong„. Ten bardzo dopracowany kawałek świetnie oddaje mój stan w czasie agresywnie wybuchającej wiosny. Pink już nie może utrzymać tego, z czym tak dzielnie radzi sobie w dwóch pierwszych singlach. Przypomniała mi się fraza przeczytana gdzieś na Facebook’u – „Ludzie nie płaczą bo są słabi. Płaczą, bo zbyt długo byli silni’.

W kolejnych piosenkach widać niełatwe zmagania z małżeństwem – po burzliwych rozstaniach para jednak próbowała sklecić to wszystko od nowa, do momentu aż historia się nie powtórzy. Wielokrotne powtarzanie tego scenariusza jest wyraźnie odczuwalne praktycznie w każdym kawałku. Sprzeczne emocje, dramat, deklaracje, pretensje i zmęczenie sobą nawzajem – każda piosenka do końca jest mocno nasiąknięta którymś z tych wątków.

W moich oczach reszta płyty jest troszeczkę słabsza. Mimo realistycznych emocji i otwartości piosenkarki kolejne kawałki (m.in. „Please don’t leave me, „Bad influence” i „Glitter in the air„) są trochę za bardzo do siebie podobne. Praktycznie nie różnią się między sobą, mimo że we wszystkie włożono mnóstwo odczuwalnej pracy. Z „tłumu” wyróżnia się trochę „Funhouse, który ma ciut inny charakter w stosunku do dwóch pierwszych singli. „This used to be a funhouse, but now it’s full of evil clowns” Pink zamierza spalić wszystko wokół niej, z tym że traktuje to jednocześnie jako sposób na zabawę i środek do niej. Zdrowe podejście :)

Głos i muzykę Pink doceniłam jakieś 10 lat temu i do dziś lubię do niej wracać. Mimo że „Funhouse” to bardzo dobry album to nie jest najlepsza płyta artystki (7/10). Tu piosenkarka jest w zdecydowanie gorszym stanie, ale nie zamierza się tak łatwo poddawać – dlatego to moja niezbędna pozycja o tej porze roku.

Dodaj komentarz