35. Just call me Sinead
04 stycznia 2014

35. Just call me Sinead

Będziesz stąpał po wężach i żmijach
A lwa i smoka będziesz mógł podeptać
” – Ps 91,13

27 lat temu młoda Sinead O’Connor wydała swoją pierwszą płytę. Absolutnie niezwykłą przez fakt, że emocje towarzyszące przesłuchiwaniu tego krążka są godne wielkich nazwisk (z cyklu Boba Dylana, Davida Bowie i innych muzyków którymi artystka się inspirowała). Mamy jednak do czynienia z niezwykle dojrzałą jak na swój wiek dziewczyną w siódmym miesiącu pierwszej ciąży.

Już „Jackie”, piosenka otwierająca płytę wywołuje ciarki na plecach. Trudno sobie wyobrazić, żeby porzucona przez mężczyznę bohaterka tekstu miała tak dojrzały, potężny głos. Następnie pojawiają się dwa dosyć rozrywkowe kawałki, z tym że w przeciwieństwie do stricte rozrywkowych piosenek nie ma tu banalnych tekstów – „Mandinka” to dosyć znany singiel, natomiast w „Jerusalem” elementy wokalne wydają się oddzielnym zjawiskiem muzycznym. Pierwsza połowa kolejnego utworu („Just like you said it would be”) koi na początku przyjemną gitarą, natomiast druga połowa (lekko niepokojąca) wydaje się zapowiedzią… „Troy”; pojawi się zaraz po nastrojowym „Never get old” – w tle słyszymy odurzający wokal Enyi.

„Troy”… Najbardziej poruszająca piosenka, jaką słyszałam w życiu! Bardzo poruszający tekst, nastrojowa melodia (delikatne ale przeszywające skrzypce ze stanowczymi dźwiękami perkusji), jej trochę przerażające piękno na teledysku, zaskakująca dojrzałość (wokalna i poetycka) przecież bardzo młodej kobiety; głos, w którym jest jednocześnie słabość i potęga – aby móc sobie to wyobrazić trzeba po prostu uważnie zapoznać się z tym kawałkiem ;)

„I want your hands (on me)” jest w idealnym miejscu, bo rozluźnia atmosferę po gęstym singlu. Przyjemne, lekkie, wchodzące w ucho, uroczo tandetny teledysk (w końcu mamy lata osiemdziesiąte) ze śliczną Sinead – byłoby jak trzeba, gdyby nie hiphopowa wstawka MC Lyte. To, że ten kawałek jest trochę słabszy jednak nie oznacza, że nie utrzymuje bardzo wysokiego poziomu całości. Jest on jednak wyższy przy kolejnej piosence – „Drink before the war”, który pod względem klimatu lekko przypomina pierwszą piosenkę, ale tu już ciarki biegną po całym ciele! Koniec – „Just call me Joe” również jest bardzo dobry, ale na taki dźwięk gitar muszę być w specyficznym nastroju ;)

To jest jedyna piosenkarka – ba! jedyny muzyk – której głos dosłownie bawi się moim układem nerwowym! Nigdy nie wiem, czy tym razem się rozpłaczę, nieustannie będę się uśmiechać, będą mi drżały nogi czy po prostu odczuję przyjemny dreszcz w lewym ramieniu. O profesjonalizmie muzycznym O’Connor świadczy jednak fakt, że bardzo chętnie oddaję swoją osobę tym zabiegom!

Bezapelacyjnie daję 10/10. Samo pisanie o tym albumie jest bardzo emocjonujące, pozostało nałożyć dobre słuchawki, zgasić światło, zamknąć oczy i odlecieć :)

 

Dodaj komentarz