Bardzo emocjonujące spotkania z ostatnich dni i rekrutacja na której zaskakująco bardzo mi zależy – te dwa fakty są dla mnie wyraźnym znakiem punktu zerowego, w jakim się teraz znajduję. Prawdopodobnie właśnie dlatego akurat teraz wróciłam do muzyki, która wiąże się z wyjątkowymi dla mnie wrześniowymi przeżyciami.

  • Najpierw chciałabym wspomnieć o płycie Grzegorza Turnaua – „To tu to tam”. Cała muzyka tego artysty jest według mnie bardzo jesienna, jednak akurat ten album ma dla mnie szczególne znaczenie: praktycznie cały czas wsłuchiwałam się w piosenkę „Natężenie świadomości” gdy wymieniałam pierwsze, niepozorne jeszcze maile :)

To tu to tam

  • Na miejscu dwunastym listy wrześniowych, „sentymentalnych” płyt jest „Collision course”, która jest wspólnym dziełem rapera Jay-Z i zespołu Linkin Park – zespołu, który w pierwszych dniach liceum był nie miał sobie równych (w moich oczach). Pamiętam, że wtedy byłam trochę zawiedziona (rzeczywiście dziś podoba mi się bardziej) ale słuchałam na prawie każdej przerwie w nowych korytarzach.

Collision course

  • Wracam do Turnau’a – miejsce jedenaste jest zajęte przez „Tutaj jestem”. Przy tej muzyce cudownie obserwuje się zmiany pogody i atmosfery. Wskazana jest sceneria zapadającego zmroku i kubek gorącej herbaty :)

Tutaj jestem

  • Miejsce dziesiąte również zajmuje ten ważny przedstawiciel polskiej poezji śpiewanej – tym razem wybieram pierwszą płytę, „Naprawdę nie dzieje się nic”. Turnau bardzo często grał w moim domu w czasach przedszkola; najcieplej wspominam go w okresie przejściowym między latem a jesienią.

Naprawdę nie dzieje się nic

  • Trzecia klasa gimnazjum to czas wielkiej fascynacji Linkin Park (którą zasiała we mnie niezapomniana koleżanka z Zamościa). Z remiksami które znalazły się na płycie „Reanimation” zapoznałam się w drugiej połowie września. Praktycznie codziennie wałkowałam ten album w czasie długich powrotów ze szkoły; okres już bardzo powtarzalnych dni pod koniec miesiąca.

Reanimation 1

  • Ósme miejsce przypada na „Through the ashes of empires” zespołu Machine Head. To był ich jedyny album jaki miałam. Dlaczego pojawiła się akurat na wrześniowej liście? Mimo że to nie był mój ulubiony krążek tę płytę przesłuchiwałam bardzo uważnie, zwłaszcza piosenki „Descend the shades of night”. Gdy ją teraz włączam natychmiast czuję atmosferę września połowy liceum, marzeń o koszulkach ze sklepu muzycznego, rysowania zdjęć z japońskich horrorów i kontemplowania świeżo poznanego gatunku muzycznego ;)

Through the ashes of empires

  • „Hybrid theory” to naturalne następstwo oczarowaniem Linkinami ;) Ponadto to są moje pierwsze próby autorskiego tłumaczenia tekstów, wtedy jeszcze bardzo nieudolne…

Hybrid theory

  • Na miejsce szóste daję „Violin player” Vanessy Mae. Tę płytę również pamiętam ze wczesnych lat dzieciństwa, jednak wróciłam do niej kilka lat temu. Poświęciłam jej wtedy zdecydowanie więcej uwagi ciesząc się ostatnimi chwilami wakacji. Zgrabne połączenie muzyki klasycznej z popem jest idealne na takie momenty.

Violin player

  • W połowie lipca 2011 była ostatnia premiera kinowa o Harrym Potterze – najlepszego filmu dotyczącego przygód niezwykłego czarodzieja (głównie zasługa Ralpha Fiennesa). Ścieżkę dźwiękową wałkowałam jeszcze bardzo długo, nic dziwnego – Desplat świetnie pasuje do jesiennego klimatu. Nie wyobrażam sobie września bez tych melodii!

Harry Potter and the deathly hallows

  • Mimo że soundtrack „Step up” to nie jest najbardziej ambitna płyta jaką mam daję ją piętro wyżej. Towarzyszyła mi jednak w długich wędrówkach na drugi koniec miasta i przed stresującymi sytuacjami w urzędach. Bardzo to cenię w całej muzyce, zapewne właśnie dlatego ten album znajduje się na czwartym miejscu.

Step up

  • Wycieczki szkolne w gimnazjum – „Fallen” Evanescence! Zwłaszcza gdy przyjaciółka z ławki nie jechała i trzeba było przyjemnie zorganizować sobie czas w autobusie.Wtedy zachwycała mnie nie tylko muzyka, ale wielkie znaczenie miały dla mnie teledyski z tej płyty. Dziś uważam, że mimo dużej popularności to jest najsłabszy album zespołu.

Fallen

  • Częściej od „Fallen” w moich słuchawkach pojawiała się „Meteora” Linkin Park – ten album dla odmiany chętnie włączam po dzień dzisiejszy. Ponadto korzystanie z pierwszego odtwarzacza muzycznego (walkmana po Siostrze) zaczęłam od piosenki „Don’t stay”.

Meteora

  • Najważniejszą płytą września jest dla mnie znowu dzieło Evanescence – „Origin”. To ich pierwszy studyjny album, w którym (wydany sporo przed drugim krążkiem) panuje zupełnie inny klimat. Tę płytę osłuchuję rok w rok od gimnazjum. Jest dla mnie ważna dodatkowo przez piosenkę „Anywhere”, której tekst ma dla mnie szczególne znaczenie pod względem znajomości zawartej dwa lata temu ;)

Origin

Za kilka lat lista wrześniowej muzyki z pewnością ulegnie jakimś zmianom. Dziś mogę mieć tylko nadzieję, że mimo tego nie zapomnę o wyżej wymienionych perełkach ;)

Jedna odpowiedź do “28. Muzyka Ewaleśnika – wrzesień”

  1. Tomek pisze:

    „|Reanimation” to wyjątkowo jesienna muzyka. doskonale pamiętam, jak kupiłem ten album, było już dość późno (jakiś październik) i ciemno za oknem, gdy pierwszy raz go odpalałem.

Dodaj komentarz