W moim dzieciństwie obecność komputera w domu oznaczało oficjalne wejście do nowej epoki. U mnie ten moment przypadł na 1999 rok. Teoretycznie miało to być dla mnie źródło wiedzy do prac domowych (encyklopedia na dysku to był punkt obowiązkowy), ale jako, że miałam 10 lat szczególne znaczenie miał dla mnie Paint i gry.

Pierwszy dzień wakacji, uczucie absolutnie niezapomniane do końca życia. Czas zdejmowania z siebie „galowego” stroju, zapominania o matematyce, pożegnań z kolegami, lodów wyjątkowo pysznych i poczucia nieograniczonej wolności. Jeżeli chodzi o mnie jest to również wspomnienie pierwszego wieczoru, gdy razem z siostrą, w tej fantastycznej euforii, włączałyśmy sobie Mikrokosmos.

W podstawówce miałam to szczęście, że lekcje nie zawsze zaczynały się o 8:00 na przestrzeni tygodnia. Moi rodzice pracowali, siostra była w szkole a ja przez 2-3 godziny miałam dom tylko dla siebie. Jako, że jestem dzieckiem lat 90-tych, moją główną rozrywką było przeglądanie kanałów telewizyjnych. Właśnie dlatego na mojej liście pojawił się Pinokio z 1996 r.

W 1996 roku po raz pierwszy siadłam na miękkim, czerwonym fotelu w kinie. Wdychałam apetyczny zapach popcornu, piłam colę, oglądałam zwiastuny i reklamówki a moje podekscytowanie sięgało zenitu. Odnosiłam wrażenie, że od teraz wchodzę w nowy etap oglądania filmów na wielkim ekranie. Wszystko zaczęło się od Dzwonnika z Notre Dame.

Mimo tego, że w przedszkolnej epoce mojego życia zachwycałam się głównie magicznymi, księżniczkowymi animacjami, dzisiejszy film wywołuje we mnie większe emocje.  Może dlatego, że to był pierwszy film Disney’a wyprodukowany już za mojego życia? A może dlatego, że na słynnych karteczkach, które rozdawałyśmy sobie z koleżankami, to był przeważający motyw? A może po prostu wtedy Król lew aż tak mi się podobał?